Dzień, zupełnie niczym wiele innych, jakże mu podobnych dni, znikał wśród niezwykłej mieszanki zabawy i pracy. Jak większość dzieci z wioski pomagał społeczności w tym, w czym tylko mógł, wszak życie w Górach Szarych nie należało do najłatwiejszych. Jednak wieku zabaw nie dało się całkowicie wyplenić z małych potworów, przez co przemycały one swój śmiech i swoją zabawę do niemal każdej zadanej im pracy. Dni ciągnęły się dla starszych, przebiegały zaś, nie wiadomo nawet kiedy, dla młodszych. Czas, rzecz względna, wyśmiewał nadzieję i spływał na przekór pragnieniom. Dzieci jednak się tym nie przejmowały. Nie, przebywały dalej w objęciach swej wyobraźni, która pozwalała przeistoczyć rąbanie drew w heroiczną batalię z orkowym plemieniem, zaś noszenie wody z pobliskiego źródła w żeglowanie po oceanie okalającym pirackie miasta. Tak miało być i tym razem, gdy Hein, wraz z dwójką przyjaciół, miał udać się do lasu po chrust i owoce. Tak miało być…
Drzewa szumnie patrzyły na trójkę dzieci idących ze śmiechem przez las. Liście na wietrze słuchały stękania pni, które nachylały się nad małą, radosną grupką, co jakiś czas schylającą się po jeżyny bądź drobne, suche gałęzie. Cichy gwar rozmów urwał się nagle, gdy jeden z chłopców obrócił się do kompanów i z niezwykłym błyskiem w oczach przyłożył palec do ust, następnie wzywając towarzyszy do siebie. Pozostała dwójka podążyła za nim, starając się iść jak najciszej, w końcu dochodząc do małego, ale rozłożystego drzewka, za którym skrył się odkrywca-czegoś-ciekawego. Po rzuceniu okiem we wskazanym kierunku, spojrzenia zatrzymały się, zaś źrenice całej trójki rozpaliły wewnętrznym ogniem. Oto przed nimi, w zakolu leśnej rzeki, rozświetlonym lekko światłem słońca porozcinanym na liściach i igłach drzew, kąpała się młoda, lecz w pełni już kobieca, dziewczyna. Trójka młodzieniaszków, korzystając z ukrycia czerpała z widoku tyle, ile tylko młody chłopak widzący bramy raju może. Ich niezmierzona radość trwałaby zapewne jeszcze dłużej, podsycana kroplami wody łagodnie ściekającymi po krągłościach, swobodnymi, nieświadomymi ruchami dziewczyny i magią sceny, gdyby nie kleszcze dłoni, które nagle zamknęły się na ich karkach z siłą wystarczającą, by radość tę odesłać do nieprzytomności.
Gdy Hein odzyskał świadomość, dostrzegł, iż nie znajduje się już w przyjemnym cieniu lasu, ani tym bardziej nie ma przed sobą tak pięknego widoku jak przed upadkiem w mrok. Zaiste, rzeczywistość go okalająca zmieniła się znacznie. Zamiast w wonnym wiosną lesie, przebywał w woniejącej wilgocią jaskini, zaś naga dziewczyna zamieniła się w (na szczęście) nie nagiego i (niestety) zarośniętego niczym niedźwiedź mężczyznę dość pokaźnych rozmiarów. Ten zaś, widząc pobudkę chłopaka uśmiechnął się krzywo, obrócił głowę i zakrzyknął w kamienną gardziel groty – Szefie, jedna z wiewióreczek się przebudziła. – Po chwili dało się słyszeć zbliżające się kroki, a chwilę później także i zobaczyć ich źródło. Barczysty, obity w skórzaną i sfatygowaną lecz dalej robiącą wrażenie zbroję bandyta z kordem przy pasie wszedł do kamiennej komnaty, w której był uwięziony Hein oraz jego dwaj towarzysze. Ciemnobrązowe oczy „szefa” wbiły się w trójkę, jakby ją oceniając, badając. – Renn, obudź pozostałych. – Rzekł ciężkim głosem do olbrzyma, który przed chwilą go zawołał. Ten, z szerokim uśmiechem, chwycił wiadro z wodą, i nie bawiąc się w szczegóły chlusnął jego zawartością po całej trójce. Wkrótce też dało się słyszeć prychnięcia i ciche krzyki zdziwionych miejscem, towarzystwem i wilgocią młodzieńców. – No, no, a więc to wy podglądaliście moją córkę… – Basowe słowa mężczyzny rozbiły się o ściany jaskini.


Najnowsze komentarze